Арыгінал публікацыі польскага журналіста Гжэгажа Грабоўскага. Пераклад змешчаны тут.

Białoruś to prawdziwy polski „raj utracony”. Jedzie się przez Białoruś dobrymi i bardzo dobrymi, szerokimi drogami. Zarówno na głównych trasach, jak i na trzeciorzędnych widać efekty stałej dbałości o stan nawierzchni dróg, mostów i przejazdów kolejowych. Samochodów – w tym ciężarowych – jeździ znacznie mniej niż w Polsce, a powodują to chyba większe odległości między dużymi miastami i brak instytucji przedstawicieli handlowych, którzy kręcą się u nas we wszystkie strony, usiłując sprzedać wszelkiego typu towary i usługi.

Tekst przetłumaczony jest tutaj.

Uwagi kierowców nie odwracają reklamy przydrożne, których także w miastach jest stosunkowo niewiele. Stacje benzynowe, motele i bary dla podróżnych rozmieszczone są w rozsądnych, dość dużych odległościach, a firmy i posesje zlokalizowane są z reguły w pewnych odległościach od pasa drogi i nie ma do nich indywidualnych zjazdów. Nie ma także fotoradarów, co umożliwia szybką jazdę w komfortowych warunkach i podziwianie przepięknych krajobrazów. Jednak przekraczanie prędkości 90 km skończyć się może wysokim mandatem, gdyż nieliczne patrole milicji (aczkolwiek wyposażone w starszego typu radiowozy) egzekwują bezwzględnie poszanowanie dla przepisów ruchu drogowego.

Patrol milicji.

Poza głównymi trasami wpaść można także na „policejskije”, czyli poprzeczne betonowe wypukłości, które bardzo skutecznie ograniczają rajdowe skłonności kierow-ców w niebezpiecznych miejscach. Drogi są właściwie ozna-kowane, pobocza bardzo dobrze utrzymane, wykoszone, bez przydrożnych zarośli. Również w miastach nie ma dziur na głównych ulicach; na osiedlowych sytuacja przypomina niestety Polskę. Ciekawym rozwiązaniem są krawężniki znacznie wystające ponad poziom jezdni i chodników bądź trawników. Uniemożliwia to nieprawidłowe parkowanie i niszczenie płyt chodnikowych lub pasów zieleni, co jest specjalnością kierowców polskich. Chamstwo za kierownicą zwalcza także milicja i dlatego ulicami miast białoruskich jedzie się z prawdziwą przyjemnością, wśród pasów wypielęgnowanej zieleni i kwiatowych rabatek. Nasi sąsiedzi jeżdżą w większości używanymi samochodami produkcji zachodniej (raczej średniej i wyższej klasy), ale widać też, zwłaszcza w większych miastach, dosyć dużo nowych samochodów zachodnich najwyższej klasy. Samochodów produkowanych dawniej i dziś w Polsce jest raczej mało. Podobnie nowych aut rosyjskich. Nawet na najbardziej zapadłych wsiach widać auta osobowe stojące na większości posesji, a motoryzacja (w tym usługi motoryzacyjne) wydaje się być – mimo kryzysu – najdynamiczniej rozwijającą się dziedziną życia Białorusinów. Bardzo niewiele za to osób korzysta tam z rowerów (najtańszy – pół pensji). Być może przyczyną (oprócz klimatu i rozwiniętej komunikacji zbiorowej) jest także fakt, że na Białorusi płaci się za benzynę i gaz około jedną trzecią mniej, za opony o połowę mniej, a za naprawy samochodów – wielokrotnie mniej niż u nas.

Życie codzienne Białorusinów jest raczej tańsze niż w Polsce. Wprawdzie zwykły pracownik zarabia tylko 120-150 dolarów (tam wszystko przelicza się na USD), podczas gdy u nas pracownik otrzymuje na „dzień dobry” 300-400 dolarów na rękę – ale koszty utrzymania miesz-kania (czynsz, media, ogrzewa-nie, konserwacja) są na Białorusi o wiele niższe. W małych mias-tach można utrzymać z jednej pensji trzypokojowe mieszkanie z wygodami w bloku i do tego niewielką ogrodową działkę. Oprócz stolicy (1,8 mln), dużych miast (300-500 tys.) jest tylko pięć. W pozostałych miastach osiedla bloków (często przyfabryczne) sąsiadują bezpośrednio z parterowymi domkami, przeważnie drewnianymi, które budowano masowo w okresie powojennym, podnosząc kraj z olbrzymich zniszczeń wojennych i korzystając przy tym z niezmierzonych zasobów leśnych.

W Witebsku.

Wieś opuszczona.

W efekcie większość chyba miast i miasteczek białoruskich przypomina rozległe wsie urozmaicone większymi czy mniejszymi enklawami wysokiego budownictwa z czasów Stalina, Chruszczowa i Łukaszenki. Zarówno przy blokach mieszkalnych, jak i przy domkach jednorodzinnych znajdują się ogrody warzywne, w których rosną obowiązkowo: ziemniaki, cebula, kapusta, ogórki oraz truskawki i pomidory pod folią. Można przejść się spacerkiem lub podjechać kawałek do najbliższego lasu i nazbierać sobie kosze grzybów, tudzież innego runa leśnego dla urozmaicenia jadłospisu. Liczne czyste rzeki, rzeczki, sztuczne zalewy i naturalne jeziora pozwalają nie tylko na odświeżającą kąpiel, ale dostarczają także wspaniałych ryb, które Białorusini uwielbiają przyrządzać na różne sposoby (polecam wędzonego leszcza!). Obfitość własnych, świeżych produktów zachęca do powszechnego wyrobu domowych, zdrowych przetworów, którymi chlubią się tutejsze panie domu.

Ziemniaki – “drugi chleb” Białorusina.

Białorusini zmniejszają w ten sposób nie tylko spożycie niekorzystnych dla zdrowia przemysłowych produktów spożywczych, ale i koszty swojego wyżywienia. Ceny produktów spożywczych w sklepach są bardzo zbliżone do cen polskich, a więc wysokie. Powyżej cen polskich sprzedaje się np. przetwory warzywne (np. słoik ogórków – ok. 7 zł, duży ketczup – ok. 5 zł), ryby morskie (makrela wędzona – ok. 17 zł) i konserwy. Artykuły spożywcze dostępne są w wielkim wyborze w sklepach państwowych i prywatnych oraz na targowiskach. Standardy opakowania i dystrybucji takie jak w Polsce. Wiele sklepów posiada czytniki kodów kreskowych i klimatyzację. Białoruś jest bardzo mocna w przetworach mlecznych (wysokiej jakości, np. twarogi „chutorek”), w piwie (polecam „Oliwaria złote”), alkoholach („Czarny rycerz” –wielki przebój eksportowy, niedostępny w Polsce), przetworach zbożowych, wędlinach, rybach śródlądowych, owocach lasu, miodach. Mniejszy wybór jest na państwowych stoiskach mięsnych, gdzie – sowieckim jeszcze zwyczajem – piętrzy się rąbanka (czyli niezbyt apetyczne kawały z półtusz świńskich), którą trzeba samemu porcjować w domu. Aż się tęskni do polskiego „mięsnego”, gdzie można oddzielnie zakupić schabik czy karczek z kością lub bez, luzem bądź na tackach. Również asortyment wędlin jest u nas znacznie szerszy, choć nie brakuje tu w sklepach smacznej tradycyjnej szynki, polędwicy, kabanosów i kiełbas (zwłaszcza tzw. suro-wych podsuszanych – lokalne-go przysmaku). Ale na prywat-nym targowisku kupuje się podobnie jak w Polsce.

Innym zaskoczeniem jest brak wysokiej jakości pomidorów. Te przywożone z Mołdawii są małe lub dojrzałe tylko po wierzchu. Białoruskie pomidory szklarniowe spotkać można tylko gdzieniegdzie, podobnie jak pomidory polskie. Również owoce – chyba z racji ostrzejszego klimatu – nie są mocną stroną tutejszej produkcji. Przesmaczny jest za to ciemny chleb, wypiekany tutaj na wiele sposobów z różnymi naturalnymi dodatkami i w najróżniejszych kształtach. Odkąd niemieccy producenci dodatków piekarsko-ciastkarskich popsuli nam jakość chleba – nie mamy w Polsce ogólnodostępnego, taniego pieczywa, które mogłoby się równać z białoruskim. Stosunkowo mały jest natomiast wybór jasnego pieczywa, a zwłaszcza bułek. Rekompensujemy to sobie na innych stoiskach, gdzie leżą w wielkiej obfitości zarówno produkty białoruskie, jak i produkty znanych również u nas marek zachodnich. Polskich produktów (w tym alkoholi) w zasadzie w sklepach nie ma. Palaczy mile zaskakują śmiesznie niskie ceny papierosów, w tym wyrobów licencyjnych zachodnich koncernów tytoniowych. W sklepach przemysłowych królują towary produkcji białoruskiej: można się ubrać od stóp do głów w najwyższej jakości ubrania, buty i modne dodatki. Ceny zbliżone do polskich (eleganckie spodnie – ok. 60 zł, skórzane buty męskie – ok. 100 zł). W sklepach prywatnych i na targowiskach spotyka się wyroby przywożone z zagranicy, w tym także z Polski. Doskonale zaopatrzone są sklepy chemiczno-kosmetyczne, apteki, sklepy budowlane i wyposażenia wnętrz. Kwiaty natomiast przywożone są z Holandii i Polski, a ich ceny nie zachęcają do zakupu. Trudno również mierzyć się Białorusinom z Polakami w dziedzinie wyrobów ciastkarskich (nie ma wyboru ciast, brak np. makowców, różnorodnych u nas ciast droż-dżowych i niektórych rodzajów galanterii cukierniczej), jednakże ich cukierki i czekolady stoją na najwyższym poziomie.

Na targowisku w obwodzie Witebskim.

Świetnie zaopatrzone są księgarnie (w państwowych ceny raczej polskie, wyso-kie), proponujące przeważnie książki w języku białoruskim. Książek o tematyce polskiej lub w polskim języku nie spot-kałem. W kioskach spotyka się za to szeroki wybór tytułów prasy rosyjskojęzycznej (białoruskiej i rosyjskiej), bo rosyjski to codzienny język zwykłych mieszkańców. Są także gazety wydawane po białorusku, lecz polskich i zachodnich brak. Uderza skrom-na oferta popularnych u nas widokówek (w mniejszych miastach są niedostępne) oraz brak dokładniejszych map typowo turystycznych (za wyjątkiem woj. mińskiego). Rodziny białoruskie mają w domu nawet po dwa telewizory: w dużym pokoju i w kuchni. Dostępnych jest – zależnie od miejscowości – kilkanaście-kilkadziesiąt programów, głównie rosyjskich i białoruskich. Posiadacze telewizji kablowej mają także wiele programów zachodnich, a jeśli się ktoś uprze, to nastawi też TVP1. Jednak o Polsce prawie się w tutejszej telewizji nie mówi. Dominuje w niej język rosyjski oraz rosyjska kultura. Jest też bardzo dużo informacji lokalnych i z całego świata oraz dużo materiałów o historii, kulturze i gospodarce Białorusi. Jest rzeczą charakterystyczną, że wjeżdżając do Polski można słuchać w radio niemal wyłącznie piosenek w języku angielskim lub piosenek śpiewanych po polsku, ale w nie-polskim stylu muzycznym, natomiast na Białorusi jest wybór. Jeśli ktoś zechce, będzie mógł słuchać melodii białoruskich i białoruskich śpiewów przez cały dzień. Podobnie jest z oglądaniem telewizji. Białorusini mogą po prostu czuć, że są u siebie, we własnym kraju. Czego wagę tak mocno podkreślał u nas autor „Pieśni ludu”, Zygmunt Gloger.

Targowisko ksiągarne.

Zachowanie tożsamości narodowej Białorusinów wydaje się być priorytetem władz państwowych, a mimo to będzie chyba zadaniem równie trudnym jak w Polsce. Wprawdzie większość ludności żyje nadal na sposób wiejski i małomiasteczkowy, ale starsze pokolenia wymierają i prowincja powoli pustoszeje. Prawie nikt nie naprawia starych drewnianych domków na wsiach i w małych miasteczkach. Mimo zachęt mate-rialnych (oferta domów budowanych przez państwo dla osób podejmujących pracę w sektorze rolnym), młodzi wolą żyć i pracować w wielkich miastach Białorusi, albo szukają szczęścia w Rosji i na zachodzie Europy. W ślad za tym postępuje rusyfikacja i kosmopolityzacja młodego pokolenia. Cerkiew prawosławna to też, w zasadzie, element kultury rosyjskiej. Sympatyczna uczennica z Mińska recytuje mi z pamięci szczegóły biografii zmarłego Michaela Jacksona. O Stalinie nie słyszała. O świętych prawosławnych również. Napotkany nad jeziorem 82 letni wędkarz zaczyna śpiewać polskie pieśni kościelne i wyjaśnia, że wprawdzie jest prawosławnym Białorusinem, ale całe życie uczęszczał z żoną-Polką do katolickiego kościoła i zna wszystkie obrzędy na pamięć. Żona – powiada starzec – świetnie mówi po polsku, ale siedzący nieopodal z wędką syn – już nie. Białorusini, pół-Białorusini, miestnyje – „tutejsi”. Spotykam wielu podobnych ludzi, których dzieciom i wnukom trudno jest się zdecydowanie określić kim są. Dziadek służył w Wojsku Polskim, brat dziadka bronił Moskwy w szeregach Armii Czerwonej, a ja – Biełarus. W dowodzie. Tylko dyrektor lokalnej filii banku – o typowo polskim imieniu i nazwisku – uśmiecha się na pytanie o korzenie i jednoznacznie stwierdza, że polskiego już nie zna i czuje się Białorusinem. No cóż, albo to nieuchronna prawda, albo elitesse oblige.

Kibice białoruskie.

Trzeciego lipca Republika Białoruska świętowała hucznie swój Dzień Niepodległości, czyli wyzwolenie kraju spod okupacji niemieckiej w 1944 roku. Czerwone flagi i transparenty, czerwone gwiazdy, sowieckie mundury białoruskich weteranów. I ludowe siermięgi, słomiane kapelusze, rzewne pieśni i skoczne tańce pokazowych zespołów. Przymusowe pochody (wg list obecności) i dobrowolne festyny z fajerwerkami we wszystkich powiatach. „Jesteśmy Białorusinami – kochamy Białoruś, naszą Ojczyznę – jesteśmy dumni z naszej historii i z dokonań dnia dzisiejszego” – oto hasła i wymowa propagandowa przygotowywanych przez wiele dni uroczystości. Były dobrze wyreżyserowane, naprawdę chwytały za serce i wzbudzały momentami niesłychany aplauz zgromadzonych tłumów. A jednak przed wszystkimi wejściami do sali koncertowej w Witebsku stały elektroniczne bramki i sprawdzano każdego wchodzącego na uroczystą wojewódzką akademię. Na wsiakij słuczaj. Na wszelki wypadek.

Trzeciego lipca – Dzień Niepodległości. Mińsk. Defilada traktorów.

Wydaje się jednak, że aktualna władza jest przez mieszkańców Białorusi akceptowana, a nawet na swój sposób szanowana. W końcu zapewnia spokój, stabilizację gospodarczą i porządek na ulicach. Nikt tu nie zamyka ani nie oddaje w obce ręce rentownych zakładów. Jeśli jest krytykowana, to raczej za to, że Białorusini nie mogą się doczekać lepszych zarobków. Zwykli ludzie mówią w prywatnych rozmowach, że zagraniczne opinie na temat trudnej sytuacji mieszkańców Białorusi są mocno przesadzone. Owszem, pojawiło się bezrobocie, ale wolno już zakładać prywatne firmy rodzinne, a do odbudowy prywatnych gospodarstw rolnych państwo wręcz zachęca. Kto chce, może brać ziemię i gospodarzyć.

Również wyznawanie wiary prawosławnej czy katolickiej od wielu już lat odbywa się bez przeszkód. Otwarte są świątynie, odbywają się msze, sprzedawana jest non-stop literatura i prasa religijna. W domach Białorusinów i Polaków wiszą ikony i święte obrazy. Jadąc przez Białoruś, można zresztą podziwiać odnowione polskie kościoły i cerkwie, a prace restauracyjne widoczne są w wielu miejscowościach. Na począt-ku lipca przybyło na odpust do Budsławia – starej bernardyńskiej parafii erygowanej na nowo w 1997 roku – około 50 tys. pielgrzymów-katolików z całej Białorusi, a także z Rosji, Polski, Litwy i innych krajów Europy. Z okazji 65 rocznicy odzyskania niepodległości wystąpił w telewizji białoruskiej metropolita mińsko-mohylewski, abp Tadeusz Kondrusiewicz, podkreślając więź Kościoła z całym narodem białoruskim.

Zwykły widok: Antoni Dziemianko, biskup pomocniczy archidiecezji mińsko-mohylewskiej i zarazem sekretarz Konferencji Biskupów Białorusi, chrzci dzieci podczas niedzielnej Mszy św. w jednym z prowincjonalnych miasteczek. Tutejszy kościół zamknięty był przez 50 lat, a teraz wspaniałe wnętrze wypełnione jest tłumem wiernych. Chrzest odbywa się w języku białoruskim – ze względu na narodowość rodziców, ale liturgia, homilia i śpiewy odbywają się po polsku. To polska suma – główna, uroczysta Msza niedzielna i świąteczna. Chętnie uczestniczą w niej także Białorusini i cały kościół rozbrzmiewa polskimi, melodyjnie śpiewanymi modlitwami. Zapytany o problemy społeczności katolickiej na Białorusi, biskup odpowiada, że nie ma przeszkód dla posługi Kościoła na prowincji, natomiast w dużych miastach z pewnymi trudnościami realizowane są nowe inwestycje. Tak, jak to było jeszcze do niedawna w Polsce, uciążliwe są procedury lokalizacji nowych świątyń na wielkomiejskich osiedlach, no i brakuje wystarczających środków. Dramatycznym problemem jest także niedostateczna ilość prasy i literatury w języku polskim. Polskie szpalty w białoruskojęzycznych „Katolickich nowinach” (biuletyn archidiecezjalny) nie są w stanie zaspokoić zapotrzebowania na wiadomości o Polsce, o Polakach i o polskości. Autentycznego popytu na polskie słowo pisane. Dokonawszy inspekcji wykańczania wnętrz nowej, wielkiej plebanii, biskup Dziemianko odjeżdża skodą oktawią do Mińska, a następnego dnia oglądać mogę przy jednej z głównych ulic Witebska nowiutki kompleks budynków parafii p.w. Jezusa Miłosiernego – owoc wytrwałej pracy Kościoła i – jakby nie było – tolerancji religijnej władz państwowych.

Budsław.

Cerkiew prawosławna.

Smutny za to widok przedstawiają stare polskie cmentarze. W jednym z miasteczek zwiedzam zapomniane przez Rzeczpospolitą kwatery policjantów i żołnierzy Wojska Polskiego poległych w latach 1919-1920. Międzywojenne napisy na centralnych obeliskach głoszą podziw dla obrońców Ojczyzny i wdzięczność za ich krwawą ofiarę. Las stalowych krzyży przeżera jednak rdza, a groby zarastają zielskiem i zapadają się w ziemię. W tej samej miejscowości, na dru-gim cmentarzu, widzę sta-rannie utrzymane zbiorowe mogiły piechurów i kozaków armii carskiej, poległych w walkach z Niemcami podczas I wojny światowej. „Sława ko-zakom” – głosi napis na nowym obelisku, a nad każdą mogiłą stoją nowe, prawo-sławne krzyże. Na jeden z polskich cmentarzy wiejskich, na którym leżą obok siebie ziemianie, marszałkowie sejmików, lekarze, księża i chłopi – wchodzę z najwyższym trudem. Na szczycie cmentarnego pagórka stary drewniany krzyż, a dookoła prawdziwa dżungla.  „Gdzie jest Polska? Gdzie są Polacy?” – niemo krzyczą opuszczone mogiły.

I wydaje się, że Polacy powinni jak najszybciej tu powrócić. Nie tylko po to, by ratować cmentarze, pałace i dwory – główne, obok kościołów i kościelnych śpiewów, pamiątki swojej wielowiekowej bytności na Kresach – ale także po to, by nawiązać współpracę gospodarczą i uzyskać dostęp do wielkiego białoruskiego rynku zbytu. Budownictwo, motoryzacja, rolnictwo i przetwórstwo rolne, przemysł drzewny, meblarski, turystyka i agroturystyka, łowiectwo, rybołówstwo – to dziedziny aż wołające o taką współpracę. Sama termomodernizacja nieotynkowanych budynków i wymiana azbestowych w większości dachów, to olbrzymi potencjalny front robót na Białorusi. A takich tematów jest znacznie więcej, o czym świadczą chociażby zapytania ofertowe firm białoruskich, publikowane na stronie Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji ambasady polskiej w Mińsku (http://minsk.trade.gov.pl/pl/Ofertywsp). Współpraca gospodarcza, to chyba najlepszy sposób na dopomożenie mieszkańcom Białorusi, a jednocześnie Polakom i Polsce.

Grzegorz Grabowski

Zdiecia Bymedia.net